piątek, 29 marca 2013

Praca

Już jakiś czas temu planowałam napisać notkę o mojej pracy. Szczerze mówiąc jest to kopalnia i nieustannie płynąca rzeka tematów na temat których mogłabym się codziennie rozpisywać. Jednakże momentem przełomowym w napisaniu notki był napiwek w wysokości 155 dkk jaki dostałam wczoraj.
Mimo tego, że najbardziej lubię pieniądze, dostaję naprawdę przeróżne napiwki.
Pierwszy, który chciałabym przedstawić to zabawka dla dzieci. Nie wiem jaka jest historia tej zabawki, tzn. pewnie dość krótka, bo zabawka nie jest nawet otwarta, a ja sama nie wiem co myślała dziewczyna, która zostawiła mi ten "napiwek" i czy myślała w ogóle. Powiedziała mi tylko, że miała dać to swojemu siostrzeńcowi, a teraz jest na imprezie i najwidoczniej doszła do wniosku, że jest to najodpowiedniejszy prezent dla dziewczyny, która opiekowała się jej kurtką. 


Drugim z kolei giftem są zapalniczki. Odkąd pracuję w szatni mam tyle zapalniczek, że mogłabym w nich pływać, podpalać się codziennie, podpalać kota z którym mieszkam, moje miejsce pracy i jeszcze zostało by mi dość zapalniczek, aby w nich spać.
Następnym prezentem są korale. Nie wiem, naprawdę NIE WIEM,czyje one są, dlaczego ktoś mi je zostawił i dlaczego sądził, że chciałabym je nosić, faktem jest, że je zostawił. Może sądził, że będzie pasować do mojej egzotycznej urody? Nie wiem i prawdopodobnie nigdy się nie dowiem.


 Takim ostatnim, często spotykanym napiwkiem jest alkohol. Niestety smutne jest to, że (nie wiem kiedy), ale zostałam alkoholiczką, odkąd pracuję w szatni, a z alkoholu, który mi dają nie zostaje nic, prócz pustych puszek albo butelek, a ja jestem aż tak leniwa, że nie chce mi się zanieść ich do sklepu i zrobić na nich dobry hajs.
Kiedyś dostałam też szalik i w sumie jest fajny i zastanawiam się, czy go nie nosić.



W szatni poznaję też wielu ciekawych ludzi. Nie wiem dlaczego, ale pijani duńczycy koniecznie chcą wyrwać zagraniczną szatniarkę. Przedwczoraj natomiast o mój numer pytał facet z Afganistanu. Szczęście w nieszczęściu, a zarazem smutna prawda o mnie jest taka, że nie mam duńskiego telefonu. Niestety afganistańczyk się wycwanił i znalazł mnie na fejsie, a ja mu nie odpisałam. I teraz drżę o swoje rzycie i szukam dziwnych przedmiotów wokół, bo jestem pewna, że prędzej, czy później znajdzie mój dom i moją rodzinę i podłoży gdzieś bombę. Ciapatom naprawdę nie można ufać.
Paradoksem w mojej pracy jest to, że chciałabym tam chodzić na wyjebce i jak żul, ale wtedy nie dostaję napiwków i na przykład nie kupiłabym mojego pięknego iPoda, który jest cudowny. Z drugiej jednak strony, jak już się pomaluję, to niestety zadręczają mnie pijani faceci, najczęściej grubi i z pryszczami, bo dlaczego ktoś o normalnym wyglądzie miałby do mnie zagadać? Bądźmy szczerzy, takie rzeczy się po prostu nie zdarzają.


 (Tu moja super sportowa stylówka na wyjebce, a zdjęcia sobie robię, bo moja praca jest nudna)

Pozdrawiam,
Szatniarka Ania

poniedziałek, 25 marca 2013

Nowy czat fejsbukowy

Niesamowite jest to, że gdy nie mam pomysłu na notkę, rzycie samo mi podsuwa tematy pod nos. Dzisiejszym tematem notki będzie zmieniający się czat na fejsie. Możliwe, że nie wiecie o co chodzi, JESZCZE. Zrobiłam wczoraj i dziś mały risercz pytając znajomych, czy widzą to co ja. Okazuje się, że nie widzą. Co dziwniejsze, zmiany te nastąpiły OD RAZU po moim powrocie do krajów Skandynawskich. Przypadek? Nie sądzę.
Szczerze przyznam, że jestem osobą, która nie lubi zmian. Czuję, że tracę grunt pod stopami, gdy w moim małym świecie coś się zmienia. Tak samo było z osią czasu. A teraz, co gorsza, jestem TĄ PIERWSZĄ. Na razie nikt nie wie o co chodzi, ALE STRZEŻCIE SIĘ, BO NIE ZNACIE DNIA ANI GODZINY!!! Wiem, że później wszyscy będą o tym pisać na tablicy. To trochę tak jak, gdy odkryjesz jakąś super piosenkę, i wstawisz ją zanim była popularna, nikt jej nie polubi, a później wszyscy się jarają, a Ty się wkurwiasz. Tak samo będzie z tym czatem, zaprawdę powiadam wam!
Żeby jednak przybliżyć wam dramatyzm owej sytuacji, umieszczam print screena:


Tak więc już widzicie, już wiecie. Pomijając całą dramaturgię z czatem, zastanawia mnie, dlaczego fejs tak bardzo chce się zmienić? Drogi facebooku, kocham Cię taki jaki jesteś, dlaczego tak bardzo chcesz się upodobnić do ajfona?

Jak rzyć, gdy wszystko wokół mnie się zmienia, a ja nie nadążam nad tymi zmianami? Jak rzyć, gdy wszystko zmienia się bez Twojej zgody i wiedzy? Jak rzyć, gdy coś ucieka i znika bezpowrotnie, a Ty tylko możesz na to patrzeć? I w końcu jak rzyć ze świadomością, że pewnego dnia obudzę się i na fejsie będzie już tyle zmian, że nie będę nawet umiała go odpalić?

Pozdrawiam,
Sfrustrowana Ania

czwartek, 21 marca 2013

Życiówka

Post ten powstaje w natchnieniu, które łapie Cię tak nagle, że rzucasz wszystko, aby tylko napisać notkę. Tak mają artyści, co zrobisz? Jednakże jest to również kwintesencja tego, jak smutne i żałosne jest moje rzycie.
Dziwnym trafem znów znalazłam się w Warszawie, w której znów poniósł mnie (nas) melanż. Może to zwyczajnie dlatego, że jesteśmy świnkami i mopsami i nie potrafimy pić jak piękne dziewczynki. Jednakże z całego wyjazdu jestem jak najbardziej zadowolona, ponieważ dokonałyśmy wraz z Horse-Fashion i featuring z Kasią, Magdą i gościnnym występem Bożenki fajnego przedsięwzięcia, w którym miałam okazję uczestniczyć, efekty już niebawem kochani!!
Wracając jednak do mojej smutnej dzisiejszej życióweczki. Nie wiem co kierowało mną, gdy postanawiam zamówić sobie busa do Wrocławia na 9 rano. Co ja myślałam? Że pójdziemy spać o 21, gdy przede mną tylko jedna noc w Warszawie? Kogo ja chciałam oszukać? Tak więc w efekcie spałam jedną godzinę, po czym wyruszyłam w swoją podróż ma Młociny. Miałam przygotowaną piękną stylóweczkę ze spódnicą maxi, jednakże jakiś szatan w mojej głowie powiedział "Nieee, pojedź w koszulce w której śpisz (SZARA KOSZULKA Z NAPISEM STREETBALL 2007) i złotych leginsach i będzie kimanko w busie. Sounds like a good plan, PRAWDA? Tak więc zrobiłam. Nie przewidziałam jednak jednego..... Gdy wyglądasz najgorzej, najlepszych ludzi spotykasz na swojej drodze.
Wsiadłam niewinnie do metra, i już na końcu spotkał mnie kanar. Jednak głupi ma zawsze szczęście, więc przy sprawdzaniu została mi jeszcze cała MINUTA ważnego biletu 20-minutowego. Siedzę sobie więc, a tu z metra wysiada chłopak z "Sali Samobójców". Smutek i żal, a zarazem szczęście, że jednak nie było dane zetknąć się naszym spojrzeniom.
Wysiadam sobie z metra i pędzę na Polskiego. Czekam, czekam i tu nagle... Dziewczyna z obozu w Londynie na którym byłam 2 lata temu. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że czekając dalej, na drugim przystanku widziałam innego kolegę Z DOKŁADNIE TEGO SAMEGO OBOZU W LONDYNIE. Przypadek? Nie sądzę. Nie oszukujmy się, jestem obeznana w teoriach spiskowych i wiem, że coś się święci.
Czekając sobie dalej postanowiłam wejść do budynku, bo gorąc z okazji Pierwszego Dnia Wiosny mnie tak powalił, że nie dałam rady już wystać na tym upale. A tam jeden z chłopaków z Afromental. I TU MOJE PRZEWODNIE PYTANIE DZISIEJSZEJ NOTKI. JAK RZYĆ, GDY JESTEŚ W CIUCHACH DO SPANIA I WCZORAJSZYM MAKIJAŻU? Dziwnym trafem wybierając miejsca w autobusie siedzę niesamowicie blisko niego, dlatego nie mogę zdjąć płaszcza, bo to najbardziej fashionerska, a zarazem jedyna reprezentatywna część mojego ałtfitu dziś.

Przedstawiam zdjęcia zarejestrowane wczoraj z kamerki internetowej:




A tu dzieło początkującej, ale dobrze rokującej Irminy Pączek Photography:


























Pozdrawiam,
Imprezowiczka Ania

niedziela, 17 marca 2013

W podróży

Od czasu ostatniej notki przewinęło się przez moją głowę kilka pomysłów na następną. Jednakże zajęta swoim bardzo barwnym duńskim rzyciem odkładałam napisanie notki na dni następne. Widać palec boży czuwał nade mną, abym tę właśnie notkę poświęciła podróży.
Odkąd wyjechałam ze swojego pięknego miasta, jest mi dane spędzać w różnych rodzajach lokomocji dużą część mojego życia. Szukając najtańszej opcji transportu często natrafiam w podróży na dziwnych ludzi. Nie wiem, czy naprawdę sądziłam, że opcja pociąg - samochód - pociąg - pociąg jest dobrą opcją na dostanie się do Wrocławia, czy zwyczajnie aż tak lubię podróże.
Wczorajsza podróż to naprawdę miszyn impasible. Zaczęłam od duńskiego pociągu i tylko do niego nie mam żadnych zastrzeżeń, później było coraz gorzej. Kolejnym etapem podróży była podróż z dwójką polskich robotników w Danii i PSEM CZARKIEM. Swoją miłość do wszelkich zwierząt wyraziłam w poprzedniej notce, więc po prostu przemilczę fakt siedzenia w samochodzie obok obrzydliwego, smierdzącego kundla, który skacze na mnie i wącha moje rzeczy. Tak notabene, JAK MOŻNA, nazwać psa CZAREK? Co ludzie sobie myślą, gdy dają zwierzętom takie kretyńskie imiona? Co do samej podróży, najtańszą opcją jest znalezienie kogoś, kto jedzie do Polski i dorzucenie mu się do paliwa. Brzmi fajnie, wiem. Gdyby nie fakt, że za każdym razem jedziesz z jakimś Cześkiem - Rolnikiem, albo Wieśkiem - Rzeźnikiem i słyszysz te same, fascynujące historie. Naprawdę nie mam nic do ludzi, ale myślę, że powinni mniej wylewnie opowiadać historie swojego życia, bo czasami mam wrażenie, że jestem niepisanym konfesjonałem i ich najlepszą przyjaciółką, a nie zwykłą podróżniczką.
Następny etap podróży to pociąg. Trasa Szczecin - Poznań. I tutaj chciałabym przekląć osobę, która wymyśliła pociągi bez przedziałów. Myślę, że to tylko moje fantastyczne szczęście, ale zawsze, ZAWSZE przysiadają się do mnie stare osoby, które kaszlą, chrząkają, plują czy chuj wie po robią. I tu moje pytanie, JAK RZYĆ, GDY JAKIŚ STARY DZIAD ODWRACA SIĘ W TWOJĄ STRONĘ I PRAKTYCZNIE KASZLE I PLUJE CI NA TWARZ? Naprawdę uważam, że w pociągach powinna być prowadzona jakaś selekcja ludzi, cokolwiek, bo to jest niesamowite jak ludzie potrafią być odrażający. Nie wiem jak udało mi się dojechać do Poznania i nie zabić wszystkich ludzi wokół.
W Poznaniu czekała mnie 6godzinna przerwa między przesiadkami, bo jestem głupia i nawet nie potrafię sobie dobrze sprawdzić pociągów. Jednakże łut szczęścia i moje zamiłowanie do podróży sprawiło, że mam wszędzie znajomych, i są oni na tyle mili, aby się mną zaopiekować. W ciągu tych sześciu godzin zaliczyłam jedną imprezę, która była mega dziwna, ale było dużo jedzenia, więc oceniam ją wysoko, bo lubię jeść. Następnie udałam się z ową koleżanką do KFC na dworcu. I tu kolejna rzecz. Jak to jest, ze ludzie tak śmierdzą i co więcej, JAK RZYĆ, gdy ludzie śmierdzą? Serio, JAK? Ja naprawdę nie wiem. Szybko więc ewakuowałyśmy się z owego miejsca, aby dowiedzieć się, że mój pociąg ma opóźnienie. Gdy już szczęśliwie wsiadłam do pociągu, to stał on na dworcu godzinę, a ja FARCIARA, wybrałam przedział obok chrapiącego grubasa (tzn, nie wiem czy był gruby, ale to taka hiperbola, ukazująca dramatyzm sytuacji). Kto daje ludziom przyzwolenie na chrapanie? Dlaczego Ci ludzie chrapią? Serio, JAK MOŻNA CHRAPAĆ W POCIĄGU?
Swoją podróż skończyłam po 21 godzinach i to była chyba najdłuższa podróż mojego życia na trasie Aalborg - Wrocław. Teraz myślę, że nawet dorożką dojechałabym szybciej, ale cóż, człowiek uczy się na błędach... 
Ogólnie myślę, że jestem osobą dość tolerancyjną, ale mój brak tolerancji i hejterstwo ujawnia się albo przy osobach, które są odrażające, albo przy ciapatach, to są dwa wyjątki. Czasami naprawdę zastanawiam się co ludzie sobie myślą jak śmierdzą. Serio, jak można tak śmierdzieć? Albo jak można chrapać. JAK MOŻNA? Uważam, że takich ludzi powinno się szykanować, jak ja to robięw ten notce, a nie dawać publiczne przyzwolenie na tego typu procedery!!!!

Poniżej kilka zdjęć,
Ze wspomnianego już wcześniej KFC. Za Martynką siedział Pan, który się ciągle na nas patrzył i chciałam mu zrobić zdjęcie, ale ona go zasłoniła :(

Czekając na opóźniony pociąg, hehhehe

 I na koniec obskurny, poznański dworzec.

























Pozdrawiam,

Podróżniczka Ania

niedziela, 10 marca 2013

O zwierzętach

Swój dzisiejszy wywód, jak można (albo i nie) się domyślić, kieruję do miłośników zwierząt. 
Jakimś okropnym trafem, wynajmując piękny pokoik nieopodal duńskiego fiordu mam wątpliwą przyjemność dzielić część mojego mieszkania również z kotem. Często mijamy się, nie zauważamy, w biegu codziennego życia i własnych obowiązków. Zdarza się również, że wchodzimy sobie w drogę i nadeptujemy na odcisk. 
Nie wiem czy kiedyś wspominałam, ale jestem z reguły antyzwierzęca. Gdy inne dziewczyny widzą jakiegoś kota, to mówią "Ojeeeej, jaki piękny kotek, kici kici", a ja albo mam ochotę go kopnąć, albo zwyczajnie go kopię. Tak też dzieje się z kotem, z którym koegzystuję. Nie ma dla mnie nic bardziej irytującego, niż kot, o notabene kretyńskim imieniu KIT KAT, przebiegający setny raz po korytarzu. Albo gdy idę pod prysznic, a ów kot nagle stwierdza, że prysznic to idealne miejsce do rozłożenia się i biegnie tak, jakby to był wyścig ze mną. Wyścig, który zawsze przegrywam, bo lubię włączać wodę pod prysznicem i patrzeć jak ucieka. WHO'S LAUGHING NOW?????
Wyjdę teraz na wyrodnego człowieka, choć w swoim, co prawda krótkim, ale barwnym życiu i ja miałam swoich czworonożnych przyjaciół. Pierwszym z nich to nieustanny kompan mojego życia, żółw KUBA. Został on zakupiony, gdy miałam bodajże 7 miesięcy i do dziś jest z nami. Symbolicznie mówię zawsze, że jesteśmy w tym samym wieku z Kubą, choć wiem, że jest młodszy ode mnie ok. 4 miesiące. Jest niepisanym piątym członkiem naszej rodziny, choć nikogo on nie interesuje i wszyscy kłócimy się ze sobą, gdy mamy mu wymienić wodę w akwarium. Sam Kuba prowadzi koczowniczy tryb życia, polując na jedzenie, które moja mama wsypuje mu do akwarium. Zdarzało się również, że zjadał on rybki, z którymi dzielił akwarium, co dowodzi faktowi, że z Kubą nie ma żartów.
Drugim zwierzęciem z kolei był pies. Bernardyn o pięknym imieniu Bary. Kochałam go, choć byłam mała, bo w 4 klasie podstawówki. Z nim biegałam sobie po podwórku, leżałam na podłodze w salonie, ledwo mieszcząc się obok niego, bo zajmował niemal całą przestrzeń naszego malutkiego mieszkanka. On nauczył mnie co to bezgraniczna przyjaźń i oddanie. Jednakże z powodu jego choroby musieliśmy go oddać i od tego czasu nie wierzę, że jest na tym świecie cokolwiek stałego, nie wierzę w miłość, życie nie ma dla mnie sensu i wszyscy umrzemy. Może i uniwersalne wnioski, ale dość brutalne jak dla 9latki. Przeżyłam szybką szkołę dorastania.
Pewnie to ostatnie przeżycie sprawiło, że jestem tak zgorzkniała i nie lubię zwierząt. Pointa jest taka, że umrę samotnie. Co w sumie może jest ok, bo przynajmniej żaden kot czy kanarek nie zje mi oczu.

Chciałam zrobić kilka zdjęć z moim kotem, jednakże chyba boi się mnie już tak bardzo, że uciekał, gdy tylko mnie zobaczył Chcąc jednak pozostać w sferze zwierzęcej przedstawiam kilka zdjęć z sarenką, którą spotkałam podczas zwyczajnego spaceru.






Jakie są Wasze przeżycia ze zwierzętami?
Pozdrawiam,
Nieczuła Ania

piątek, 8 marca 2013

Dzień Kobiet

W całym roku są takie "święta", których po prostu nie rozumiem. Jedno z nich jest właśnie dzisiaj, popularny Dzień Kobiet. Naprawdę nie rozumiem fenomenu tego dnia. Nie rozumiem też dlaczego piszą do mnie jacyś dziwni ludzie - z którymi w ogóle nie rozmawiam, a przypadkowo albo z litości zaleźli się w gronie moich znajomych na fejsbuku - i składają życzenia. Serio, dlaczego? Dlaczego ktokolwiek życzy mi wszystkiego najlepszego 8 marca? Jeszcze byłabym w stanie zrozumieć ten fenomen, gdyby były prezenty. Ale nie ma. W sklepach zazwyczaj są jakieś cukierki dla Pań, zniżki na ciuchy (KTÓRYCH TEŻ NIE ROZUMIEM, W SWOJE ŚWIĘTO IDĘ NA ZAKUPY, BO PRZECIEŻ MAM ZNIŻKI I SUMA SUMARUM NIE MAM JUŻ CAŁEJ MOJEJ WYPŁATY. WOLNE ŻARTY). No i kolejnym, nieodłącznym symbolem Dnia Kobiet są tulipany. Tulipany wszędzie. Po pierwsze nie lubię kwiatów, po drugie tulipany kojarzą mi się z Holandią. Gdybym jednak miała wybór, wolałabym dostać inny suwenir z Holandii hehe.
Niestety nie miałam z kim dziś świętować mojego dnia, dlatego musiałam kupić jakiegoś kompana. Oto kilka zdjęć poniżej.




A jak Wy spędziliście ten wyjątkowy dzień?

wtorek, 5 marca 2013

Szósty zmysł

Dziś króciutki pościk, mała dygresja o tym, że rzycie, pomimo, że płata nam figle, to potrafi być piękne. Zazwyczaj zaczyna się dość niewinnie, wieczorem myślę o zajęciach, które mam następnego dnia, gdy nie wiadomo skąd, pojawia się on, SZATAN. SZATAN w mojej głowie. I mówi "Aaaaa, w sumie te zajęcia nie są aż takie ważne" i ja myślę "HMMMMMM, FAKTYCZNIE". I dochodzę do wniosku, że potrzebuję mieć wolny dzień dnia następnego. Tak właśnie było wczoraj. Zaczęło się dość niewinnie, po czym doszłam do wniosku, że zajęcia z grafiki nie są mi aż tak niezbędne do życia i poszłam spać z myślą jutrzejszych wagarów.
Tak więc budzi mnie o 11 przepiękna pogoda i słońce, odpalam fejsbuka, aby zobaczyć wiadomość:

"Hi all
Lessons are cancelled today - Peter Skotte is sick.
/ Anne"

PRZYPADEK? NIE SĄDZĘ.
Już pominę fakt informowania studentów o braku zajęć pół godziny przed zajęciami i to na fejsie. Bo w końcu poczułam się jak:



Teraz czekam aż moje siki będą parować i będę widzieć duchy. Nie bójcie się, to też zrelacjonuję.

poniedziałek, 4 marca 2013

Na salonach

Dosyć często, do pytań na temat rzycia dochodzą również gorzkie żale, przynajmniej w moim przypadku. Zdradzę wam tajemną prawdę o mnie - uwielbiam użalać się nad sobą. Jestem w tym ekspertem, zrobiłam z tego doktorat, sama nie wiem kiedy. Być może dlatego, że mieszkam w krajach skandynawskich (albo po prostu jest to dobre usprawiedliwienie), często popadam w depresję.Jednakże, na domiar złego, zamiast pocieszyć się jakąś wesołą muzyką albo pomyśleć o ludziach, którzy mają gorzej ode mnie i dziękować za to co mam, to ja robię coś zupełnie innego. Mianowicie, chodzę na lookbooka, tudzież jakieś stronki z modelkami i zaczynam płakać nad swoim nędznym losem. I tu właśnie rodzi się przewodnie pytanie mojej dzisiejszej notki: DLACZEGO? Dobry Boże, jak to jest?!?! Jak to jest, że jednych ludzi obdarzyłeś tak nieziemską urodą, a ja choćby skały srały, nigdy nie będę tak wyglądać??? Najgorzej jednak, gdy ktoś jest i ładny i mądry, wtedy to już tylko siedzieć i płakać. 
Tak więc doszłam kiedyś do wniosku, że wystarczy, abym znalazła sobie brzydszych znajomych/przyjaciół i w tym kontraście będę wypadać znacznie lepiej. I wszystko byłoby wspaniale, znalazłam złoty środek na moje smutki. Nie wiem jednak czy to moja wątła aparycja, czy też złośliwość Boga, sprawiają, że przyciągam do siebie osoby piękne, zdolne i utalentowane. Nie pozostaje mi nic innego jak wrócić do początku, użalać się nad sobą i zatoczyć KOŁO ŻYCIA.

Poniżej przedstawiam kilka zdjęć z wystawy mojej zdolnej i pięknej przyjaciółki.  Uśmiecham się ładnie do zdjęcia, chociaż w środku płaczę i lamentuję, bo JAK RZYĆ, GDY RZYCIE TAK NIESPRAWIEDLIWE JEST?



Tutaj przyłapana na dyskusji, zapewne o jakimś pięknym obrazie zdolnych ludzi.




























A jak wy, drodzy czytelnicy radzicie sobie z bolesną (przynajmniej dla mnie) egzystencją zdolnych ludzi?

Pozdrawiam cieplutko,
Nieutalentowana Ania

sobota, 2 marca 2013

McDonalds

 Swój dzisiejszy wywód chciałabym poświęcić mojej ulubionej restauracji. Właściwie to sieć restauracji, notabene znana na całym świecie. Są to restauracje o nazwie McDonalds. Patrząc na mnie nieciężko było domyślić się właśnie tej nazwy. Z powodu braku funduszy, prowadzenia oszczędnego trybu życia, chęci odchudzania, albo po prostu ogromnych cen za mojego ukochanego McChickena w Danii, zwyczajnie tam nie chodzę. Dlatego, gdy tylko mam okazję zjeść coś mało wysublimowanego i sprawdzonego w Polsce, jest to mak. Jednakże, ostatnio zauważyłam, że mój kochany, stary mak zaczął się zmieniać. Wprowadzono Fileta oFisha, KANAPKĘ SZEFA KUCHNI oraz CHICKEN BOX. Stąd pierwsze moje pytanie, KTO JE FILETA OFISHA? Zrobiłam ankiety wsród moich znajomych i znalazły się dwie osoby, ale wciąż wierzę, że warto zadać pytanie, CO ROBI RYBA W MAKU I CZY NAPRAWDĘ JEST TAM RYBA??
Następnie KANAPKA SZEFA KUCHNI. Czy ktokolwiek widział KIEDYKOLWIEK szefa kuchni w maku? Nie sądzę. Więc czyja tak naprawdę jest ta kanapka??? Żyjemy w XXI wieku, i wierzę, że ludzie zasługują na prawdę. Tak więc, SZEFUNIO, gdzie jesteś? I gdzie do tej pory się ukrywałeś? Jednakże najbardziej razi mnie makowa nowość, Chicken Boxy. Moi drodzy, ja rozumiem, że ludzie chcą rozwijać się w różnych kierunkach, chcą poznawać nowe rzeczy, wypływać na głębokie wody i poznawać nowe horyzonty. Ale prawda jest taka, że od Chicken Boxów jest KFC i to się NIGDY nie zmieni. Dlatego nie rozumiem, po co mak pcha się w coś, o czym nie ma zielonego pojęcia!! Szczerze, po prostu boję się, że pewnego dnia obudzę się, i zamiast moich ukochanych Big Macków i McChcikenów będą same Kapanki Zbójnickie, Szefunia i Kurczakowe Boxy. Nie wiem, czy to kwestia starzenia się, ale boję się zmian, które zachodzą w maku i boję się, że kiedyś wejdę do mojej ukochanej sieci restauracji i zorientuję się, że już jej nie kocham, że nie mamy ze sobą nic wspólnego, a moje dawne wspomnienie o niej jest tylko mrzonką. JAK RZYĆ w obliczu tych zmian??? Jak Wy radzicie sobie z tymi zmianami?




A tu mój obiad, dofinansowany przez bony z maka. Kocham, gdy te bony wychodzą dwa razy do roku. Nie oszukujmy się, każdy kto je ma, czuje się w pewien sposób jak Pan, Król i Władca. Przynajmniej ja tak mam. I to zastanawianie się, KTÓRĄ KOMBINACJĘ Z BONÓW WYBRAĆ???

Ja postawiłam na dwa KurczakBurgery, małe frytki i małą Ice Tea. Jakie są wasze ulubione połączenia?