wtorek, 21 maja 2013

iPod

Zapewne już nieraz wspominałam, że gdy sama nie mogę wymyślić tematu na kolejną notkę, los podsuwa mi jakiś pod nos. Dzisiejsza notka nie będzie ani wesoła, ani pozytywna. Będzie mroczna, smutna, depresyjna wręcz i będzie tu po to, aby przypomnieć o tym jak życie jest ulotne. Nawiązywać będzie do motywu Carpe Diem.
Historia mojego iPoda jest krótka, ale burzliwa. Pomimo naszej niezbyt długiej znajomości, zdążyliśmy się zaprzyjaźnić, spędzić razem wiele wspaniałych momentów, do tego stopnia, że wręcz staliśmy się nierozłączni. Aż do tragicznego wydarzenia do którego doszło w nocy z 19 na 20 maja w jednym, bliżej nieokreślonym, duńskim klubie. Cała opowieść zaczyna się dość niewinnie, nawet sielankowo, powiedziałabym. W piątek dostałam zaproszenie na imprezę, która odbyła się w niedzielę, dnia 19 maja. Zaproszenie to było od chłopaka, którego w ogóle nie znałam, więc i nawet nie chciałam tam iść. Jednakże podły los szepnął mi do ucha, że mogę się świetnie bawić i poznać nowych, duńskich znajomych. Więc poszłam, ja i mój iPod. Tutaj odwołuję się do wcześniejszej notki o Upojeniach Alkoholowych, które w ogóle nie dały mi do myślenia. Obudziłam się rano, w mieszkaniu obcej dziewczyny, bez kurtki i iPoda. 
Tak bardzo mi smutno. Wiem, że gdzieś tam jesteś i może to czytasz. Wiedz, że byłeś wspaniałym kompanem. Teraz moje życie jest puste i nie wiem, czy ktokolwiek zdoła kiedyś wypełnić to miejsce. Chcę, żebyś wiedział, Drogi iPodzie, że nic bez Ciebie nie jest już takie samo. Moje podróże na siłownie są coraz cięższe, most przez który przechodzę jest dłuższy, niebo jest szare i życie jest do dupy. Tak bardzo chciałabym wiedzieć, czy jest Ci dobrze w nowym miejscu i czy ktoś, kto ma teraz tę niewątpliwą przyjemność koegzystować z Tobą, traktuje Cię dobrze. 

Poniżej przedstawiam pamiątkowe zdjęcia z iPodem:



Na zawsze będziesz w moim serduszku. Tęsknię za Tobą, spoczywaj w pokoju.

Twoja Przyjaciółka,
Ania

wtorek, 7 maja 2013

Upojenia alkoholowe

Na wstępie chciałabym przeprosić za tak długą przerwę, aczkolwiek i tak nikt nie czyta tego bloga, więc w sumie wyjebane.
Szukając odpowiedzi na wciąż dręczące mnie pytanie JAK RZYĆ? Zaczęłam topić swoje smutki i szukać odpowiedzi w alkoholu. Odkąd zaczęłam, co było jakieś 3 tygodnie temu, za każdym razem postanawiam sobie, że gdy opadnie zażenowanie poalkoholowe, napiszę notkę. Niestety jednak, gdy tylko zdąży ono opaść, wpadam w kolejny wir alkoholowy i końca nie widzę. Przynajmniej w końcu jestem tym, za którego uważają mnie Duńczycy - prawdziwy Polak, pijak i złodziej.
Opisując moje libacje, powinnam zacząć od początku. Nigdy nie uważałam siebie za imprezowiczkę. Od alkoholu też stroniłam, odkąd poznałam silną moc wódki. Jednakże, od pewnego, smutnego czasu pracuję w klubie, tak więc wolny wieczór w piątek lub sobotę jest dla mnie manną z nieba, błogosławieństwem i największym dobrem od czasów Gierka. Tak więc 3 tygodnie temu, mając jeden wolny dzień do dyspozycji postanowiłam odreagować. I tu kolejna wada mojej pracy, nie mogłam zabawić się jak dama, bo miałam tylko jeden dzień, dlatego musiałam zabalować za wszystkie inne. Szczerze, powiem tylko tyle, że niewiele pamiętałam z tamtego wieczoru, do pewnego pięknego sobotniego dnia, do szatni w której pracuję przyszedł chłopak, który powiedział mi, że mnie pamięta z jednego z klubów, że byłam strasznie pijana, podałam mu swój adres i tańczyłam na stole z 3 koleżankami. Dziwnym faktem jest to, że na imprezę poszłam z jedną koleżanką. Ale w sumie kogo?
Mój następny eksces alkoholowy wydarzył się dużo szybciej niż się spodziewałam, czyli 4 dni później i był totalnie nieplanowany. Nazywał się spotkaniem pracowników klubu a ja planowałam nie pić alkoholu. Niestety albo i w sumie stety, moja szefowa była tak hojna, że kupiła dwie wódki 0,7, wszyscy pili drinki, tylko ja, jak na Polkę przystało waliłam szoty. I nie chodzi tu już nawet o moją nację, ale o fakt, że alkoholu nie lubię, nie ma się czym delektować i ma służyć tylko w jednym celu. Szybko i skutecznie. Następnego dnia jednak pożałowałam tego, bo jak się okazało zapytałam kolegę z pracy DLACZEGO JEST GEJEM, BO JEST TAKI SŁODKI I BYM GO WYRWAŁA. Jak się później okazało nie był gejem, a moje zdolności stalkerskie zawiodły i sytuacja między nami jest teraz dość niezręczna, choć robimy postępy, bo ostatnio zapytał jak się mam. Może faktycznie kiedyś go wyrwę. Dowiedziałam się też czegoś jeszcze. Nie wchodź na fejsa po powrocie do domu. I nie pisz nic o swoim byłym. I o jego nowej dziewczynie. Po prostu tego nie rób. MĄDRY POLAK PO SZKODZIE.
Następna okazja do upicia się, przydarzyła się tydzień później. Duńskie wakacje w piątek mówiło mi tylko jedno: BAJLANDO W CZWARTEK. Jak pomyślałam, tak też zrobiłam. Jednakże kulisy tego wieczoru zostawię dla siebie, bo nawet ja, najbardziej chujowy człowiek na świecie, wstydzę się tamtego wieczoru. Do domu wróciłam bezpiecznie, za co powinnam dostać pokojową nagrodę Nobla i złoty medal na olimpiadzie. Dodam tylko tyle, że uderzyłam jakiegoś ciapata w twarz, który później chciał się ze mną bić. Tak, mój anioł stróż chyba czuwał nade mną, bo nadal żyję, a gang Muhhameda Abbu Dabbiego jeszcze mnie nie dopadł.
I ostatni, piątkowy wieczór. Gdy odwiedzają Cię znajomi z Polski, wiedź, że nie skończy się to dobrze. Szczególnie gdy mają ze sobą wódkę. Swoją pracę zaczęłam o 21, o północy zaczęłyśmy pić, a o 2 wyszłam z pracy. Pominę robocze upokorzenie, gdy kolejka w szatni była dość długa, a ja śpiewałam piosenki Libera. Nie wiem dlaczego, pomimo, że jestem biedna, zawsze, gdy jestem pijana, hojność u mnie nie zna granic, jestem bogata na jeden wieczór i czuję, że stać mnie na wszystko. Tym sposobem kupiłam najdroższe piwo w życiu, ale w sumie, faktycznie mnie stać. Następnie, wychodząc na ulicę spotkałam miłość mojego życia, która często oddawała niegdyś kurtkę pod moje skrzydła. Tak więc, znając moją i Sary naturę stalkera, zaczęłyśmy go śledzić. I gdy wchodził już do jednego z klubów moja UKOCHANA przyjaciółka podbiła do niego i powiedziała: Sorry, I just need to tell you something. My friend really likes you. But she REALLY, REALLY likes you. I pokazała na mnie. Na co on popatrzył na mnie i powiedział: So come with us. Niech was nie zwiedzie cudowny początek, później było już tylko gorzej. Gdy próbowałam dowiedzieć się jak ma na imię, wyszłam na upośledzoną i opóźnioną, bo powiedziałam coś w stylu 'DOBRA, NIEWAŻNE, NIE OBCHODZI MNIE TO, MASZ ZA CIĘŻKIE IMIĘ DO ZAPAMIĘTANIA'. A gdy on zapytał co robię poza pracą powiedziałam 'AAAAH, I'm just hanging out' i wyszłam na typowego robola polskiego w Danii. Nie rozumiem dlaczego nie powiedziałam o moich studiach. O co mi chodziło. A najgorsze w tym wszystkim jest to, że ten człowiek prawdopodobnie nie ma fejsa. Zdobyłam jego imię i nazwisko i NIC. NIC. 
I tu moje pytanie: Czy to ja straciłam swoje stalkerskie moce? Czy może w końcu znalazłam godnego siebie przeciwnika, tak dobrego w ukrywaniu jak ja w stalkowaniu? I jeśli tak, to jak mam go znaleźć, żebyśmy się pobrali, skoro jesteśmy sobie przeznaczeni? Tak wiele pytań, tak mało odpowiedzi. Myślałam, że pójście w melanż pomoże mi uporać się z niektórymi chociaż problemami, a jak na razie zmartwień przybyło, a od nich zmarszczek na mojej brzydkiej twarzy. Jak rzyć, drogi Boże, JAK RZYĆ??

Poniżej przedstawiam kilka smutnych zdjęć ze smutnych libacji alkoholowych, zrobionych smutnym iPodem.

 NAJPYSZNIEJSZE SZOTY TRUSKAWKOWE. BO NAS STAĆ. A CO DO POCZĄTKU NOTKI O PIJAKU I ZŁODZIEJU. TAK, ZAJEBAŁYŚMY TE KIELISZKI.


JA I SARA PRZED WYJŚCIEM NA MIASTO

 JA I CHUJ WIE KTO

 MARTYNA, KOLEGA Z SZATNI JEPPE (JAK MOŻNA MIEĆ NA IMIĘ JEPPE???) I KOLEGA CHUJ WIE KTO - RASMUS

JA I MÓJ WIELKI INTELEKT PODCZAS NAJEBANIA. NIE UMIEM WYŁĄCZYĆ LAMPY W IPODZIE I CHUJ.

JA I MOJA KOLEŻANKA Z PRACY

Tak na koniec dodam tylko, że moją największą rozrywką podczas upojenia alkoholowego jest robienie sobie zdjęć z obcymi ludźmi. Tak więc na darmo pytać mnie kim są Ci ludzie, bo ja po prostu nie znam odpowiedzi na to pytanie. I myślę, że nie chcę znać.

Pozdrawiam,
Alkoholiczka Ania

piątek, 12 kwietnia 2013

Roskilde Festival

Miałam już przygotowaną notkę na totalnie inny temat, ale rzycie jest pełne niespodzianek i napiszę o czymś, co sprawiło, że moje, nędzne rzycie już nigdy nie będzie takie samo.
Odkąd mieszkam na duńskich peryferiach, dowiaduję się o miejscach/ludziach/przedmiotach i wydarzeniach, o których nigdy wcześniej nie miałam pojęcia. Jednym z nich jest właśnie Roskilde Festival. Zaraz najadą na mnie znawcy muzyki i znawcy wszystkiego, że jak mogłam nie znać tak popularnego festiwalu. Ano mogłam, bo muzyka w moim rzyciu nie odgrywa aż tak ogromnej roli, właściwie nic nie odgrywa, bo moje życie jest bezcelowe, nudne i nędzne, a jedyna rzecz sprawiająca mi radość, to szukanie odpowiedzi na pytanie - nazwę mojego bloga.
Wracając jednak do Roskilde, miałam możliwość w zeszłym roku pojechać na ten właśnie festiwal, ale nie byłam w stanie wygrać z nostalgią, czyli zwykłą tęsknotą za ojczyzną.
W tym roku jednak stwierdziłam, że skoro nie wiadomo jak długo jeszcze zagoszczę w Danii, warto byłoby się wybrać na Roskilde. Co prawda jestem biedna i na nic mnie nie stać, ale na szczęście mam znajomości. Tak więc zostałam wolontariuszem na Roskilde Festival 2013. I wszystko byłoby idealnie, jadę z moją koleżanką z uczelni, wkręciłam też moją super przyjaciółkę z Wrocławia, gdyby nie to co odkryłam dzisiaj. Gdybym tylko rok temu wiedziała to co wiem teraz...
Przez moją pracę, geny i nie wiem co jeszcze, cierpię na bezsenność lub bardzo lekki sen. Gdy już wygrałam we Fruit Ninja i wszystkie inny gry na moim iPodzie zaczęłam ogarniać internet. Już nigdy więcej nie zacznę szperać w googlach o 5:30, przysięgam. Odpalę sobie po prostu jakiś film, serial i kiedyś usnę. Doszłam do wniosku, że fajnie byłoby sprawdzić Lineup z zeszłego roku na Roskilde. Na pierwszy ogień poszedł ASAP, myślę, nie no, nie ma tragedii, przeżyję, fajnie byłoby zobaczyć, ale też jakoś przeokrutnie się nie jarałam nigdy. Później patrzę: Mac Miller. Zalała mnie fala gorąca, jakbym nagle dostała menopauzy, już wiedziałam, że to źle wróży, a poza tym miałam nadzieję na Maca w tym roku. Moje marzenia o tym, że dostrzeże mnie w tłumie, wyciągnie na scenę i oświadczy mi się, zwyczajnie odpłynęły. Następnie: Macklemore. Tu to samo marzenie co wyżej również rozmyło się. The Roots i Wiz. Moje oczy zalały się łzami, zaczęłam miotać się po łóżku krzycząc, że nie chcę rzyć, bo co to za rzycie? Wierzcie mi lub nie, będę wciąż prowadzić swoją marną egzystencję jak i tego marnego bloga, ale moje rzycie już nigdy nie będzie takie samo.
Dodaję print skrina, niestety widocznie Maclemore nie był tak ważny, aby znaleźć się na przodzie listy, ale uwierzcie, mówię to z bólem serca, był tam........
.
MAC I MACLEMORE, JEZU, DLACZEGO, DLACZEGO TAKI JESTEŚ?!?!?!?!

Tymczasem idę znaleźć sztylet i ugodzić się nim w serce, aby ulżyć mojemu bólowi psychicznemu i na chwilę zapomnieć o tym jak bardzo rzycie jest niesprawiedliwe.

Pozdrawiam,
Zdruzgotana Ania

piątek, 5 kwietnia 2013

Piątek

Zazwyczaj w zanadrzu mam kilka tematów na notkę. Jednakże zawsze czekam i dobieram temat tak, aby odzwierciedlał mój faktyczny stan. Tak też jest i dziś. Piątek. Super dzień, pomyślą wszyscy. Dlaczego więc jest tak, że gdy cały tydzień wyglądam dobrze, to akurat w piątek, gdy mam iść albo do pracy, albo na imprezę (tak więc jedno i drugie uwzględnia długą noc i wiele nowych osób do poznania) wyglądam jak potwór? Dzisiejszy dzień jest końcem kolejnego tygodnia, w którym nie osiągnęłam kompletnie nic. Dlaczego więc, pomimo, że nie przemęczałam się ani trochę, uroda nie jest dla mnie łaskawa?
Postanowiłam chociaż napisać dziś notkę, aby nie uznać tego dnia za całkowicie bezwartościowy i stracony. Miałam iść na uczelnię, nie wyszło. Miałam ogolić nogi, ogoliłam, ale się zacięłam i leci mi krew. Swoją drogą, nie wiem jak to jest, golę nogi już prawie połowę mojego życia i nadal się zacinam. Właściwie nie ma golenia bez zacięcia na nogach. Gdy ktoś pyta mnie od czego mam blizny na kolanach i piszczeli, opowiadam o podbojach i wspinaczkach po drzewach w czasach mojego błogiego dzieciństwa, a prawda jest smutna, nie potrafię ogolić sobie nóg. Miałam oddać puszki do skupu i zrobić za to zakupy. Puszki nadal tu są, a w lodówce ciągle tylko to samo, stare mango, które nawet nie wiem czy wciąż nadaje się do spożycia, ale mam zamiar z niego zrobić smoothie jeszcze dzisiaj. Miałam iść na siłownię i to, jako jedyne chyba, mi wyszło. Miałam ugotować pyszny obiad, ale sos brokułowo - serowy nie był tak pyszny jak zapewniali.
Czasem czuję się jak totalna ofiara losu, co więcej ofiara swojego życia. Od pewnego czasu mam humor dość depresyjny, czego nie mogę nawet zwalić na piękną pogodę w Danii, która mnie zadziwia, bo ani razu nie padało tu jeszcze odkąd przyjechałam, a to będą już dwa tygodnie. Paradoksalne jest to, że wyczuwam tę dość intensywną ironię i gdy ja płaczę sobie w poduszkę, los i pogoda śmieją mi się w twarz. Wczoraj wpadłam nawet na genialny pomysł oglądnięcia smutnych filmów, aby mieć wytłumaczenie dla mojego płakanka. Nie wiem jak naiwna byłam, gdy myślałam, że to pomoże. Oglądałam film o przyjaźni między psem Hachiko i profesorem. Niestety koniec końców, doszłam do żałosnego wniosku, że na mnie nawet pies nie czeka, co sprawiło, że moje życie jest jeszcze bardziej dołujące. Psu nie przeszkadzało, aby przebiec się po swojego pana na dworzec, a gdy ja miałam 6godzinny postój w Poznaniu, moja mama powiedziała mi, że nie opłaca się po mnie jechać z Wrocławia. Tak, tak, rodzina. Fakt, może ta przesiadka nie była aż 6godzinna, ale kto by się tam rozdrabniał.

Poniżej przedstawiam zdjęcia swojej zaciętej nogi i mojego steppera na siłowni.


































Na koniec i prawdopodobnie na potwierdzenie żałości tego dnia, ogłaszam żałobę z okazji opuszczenia ToSięWytnie przez Kostka. Nie ukrywam, że podczas moich niezliczonych podróżny do stolicy ZAWSZE miałam nadzieję, że zaczepi mnie w Ulicznym Kombajnie. Ale niestety nie urodziłam się w czepku, takie rzeczy się mi zwyczajnie nie zdarzają.
Pozdrawiam,
Depresyjna Ania

piątek, 29 marca 2013

Praca

Już jakiś czas temu planowałam napisać notkę o mojej pracy. Szczerze mówiąc jest to kopalnia i nieustannie płynąca rzeka tematów na temat których mogłabym się codziennie rozpisywać. Jednakże momentem przełomowym w napisaniu notki był napiwek w wysokości 155 dkk jaki dostałam wczoraj.
Mimo tego, że najbardziej lubię pieniądze, dostaję naprawdę przeróżne napiwki.
Pierwszy, który chciałabym przedstawić to zabawka dla dzieci. Nie wiem jaka jest historia tej zabawki, tzn. pewnie dość krótka, bo zabawka nie jest nawet otwarta, a ja sama nie wiem co myślała dziewczyna, która zostawiła mi ten "napiwek" i czy myślała w ogóle. Powiedziała mi tylko, że miała dać to swojemu siostrzeńcowi, a teraz jest na imprezie i najwidoczniej doszła do wniosku, że jest to najodpowiedniejszy prezent dla dziewczyny, która opiekowała się jej kurtką. 


Drugim z kolei giftem są zapalniczki. Odkąd pracuję w szatni mam tyle zapalniczek, że mogłabym w nich pływać, podpalać się codziennie, podpalać kota z którym mieszkam, moje miejsce pracy i jeszcze zostało by mi dość zapalniczek, aby w nich spać.
Następnym prezentem są korale. Nie wiem, naprawdę NIE WIEM,czyje one są, dlaczego ktoś mi je zostawił i dlaczego sądził, że chciałabym je nosić, faktem jest, że je zostawił. Może sądził, że będzie pasować do mojej egzotycznej urody? Nie wiem i prawdopodobnie nigdy się nie dowiem.


 Takim ostatnim, często spotykanym napiwkiem jest alkohol. Niestety smutne jest to, że (nie wiem kiedy), ale zostałam alkoholiczką, odkąd pracuję w szatni, a z alkoholu, który mi dają nie zostaje nic, prócz pustych puszek albo butelek, a ja jestem aż tak leniwa, że nie chce mi się zanieść ich do sklepu i zrobić na nich dobry hajs.
Kiedyś dostałam też szalik i w sumie jest fajny i zastanawiam się, czy go nie nosić.



W szatni poznaję też wielu ciekawych ludzi. Nie wiem dlaczego, ale pijani duńczycy koniecznie chcą wyrwać zagraniczną szatniarkę. Przedwczoraj natomiast o mój numer pytał facet z Afganistanu. Szczęście w nieszczęściu, a zarazem smutna prawda o mnie jest taka, że nie mam duńskiego telefonu. Niestety afganistańczyk się wycwanił i znalazł mnie na fejsie, a ja mu nie odpisałam. I teraz drżę o swoje rzycie i szukam dziwnych przedmiotów wokół, bo jestem pewna, że prędzej, czy później znajdzie mój dom i moją rodzinę i podłoży gdzieś bombę. Ciapatom naprawdę nie można ufać.
Paradoksem w mojej pracy jest to, że chciałabym tam chodzić na wyjebce i jak żul, ale wtedy nie dostaję napiwków i na przykład nie kupiłabym mojego pięknego iPoda, który jest cudowny. Z drugiej jednak strony, jak już się pomaluję, to niestety zadręczają mnie pijani faceci, najczęściej grubi i z pryszczami, bo dlaczego ktoś o normalnym wyglądzie miałby do mnie zagadać? Bądźmy szczerzy, takie rzeczy się po prostu nie zdarzają.


 (Tu moja super sportowa stylówka na wyjebce, a zdjęcia sobie robię, bo moja praca jest nudna)

Pozdrawiam,
Szatniarka Ania

poniedziałek, 25 marca 2013

Nowy czat fejsbukowy

Niesamowite jest to, że gdy nie mam pomysłu na notkę, rzycie samo mi podsuwa tematy pod nos. Dzisiejszym tematem notki będzie zmieniający się czat na fejsie. Możliwe, że nie wiecie o co chodzi, JESZCZE. Zrobiłam wczoraj i dziś mały risercz pytając znajomych, czy widzą to co ja. Okazuje się, że nie widzą. Co dziwniejsze, zmiany te nastąpiły OD RAZU po moim powrocie do krajów Skandynawskich. Przypadek? Nie sądzę.
Szczerze przyznam, że jestem osobą, która nie lubi zmian. Czuję, że tracę grunt pod stopami, gdy w moim małym świecie coś się zmienia. Tak samo było z osią czasu. A teraz, co gorsza, jestem TĄ PIERWSZĄ. Na razie nikt nie wie o co chodzi, ALE STRZEŻCIE SIĘ, BO NIE ZNACIE DNIA ANI GODZINY!!! Wiem, że później wszyscy będą o tym pisać na tablicy. To trochę tak jak, gdy odkryjesz jakąś super piosenkę, i wstawisz ją zanim była popularna, nikt jej nie polubi, a później wszyscy się jarają, a Ty się wkurwiasz. Tak samo będzie z tym czatem, zaprawdę powiadam wam!
Żeby jednak przybliżyć wam dramatyzm owej sytuacji, umieszczam print screena:


Tak więc już widzicie, już wiecie. Pomijając całą dramaturgię z czatem, zastanawia mnie, dlaczego fejs tak bardzo chce się zmienić? Drogi facebooku, kocham Cię taki jaki jesteś, dlaczego tak bardzo chcesz się upodobnić do ajfona?

Jak rzyć, gdy wszystko wokół mnie się zmienia, a ja nie nadążam nad tymi zmianami? Jak rzyć, gdy wszystko zmienia się bez Twojej zgody i wiedzy? Jak rzyć, gdy coś ucieka i znika bezpowrotnie, a Ty tylko możesz na to patrzeć? I w końcu jak rzyć ze świadomością, że pewnego dnia obudzę się i na fejsie będzie już tyle zmian, że nie będę nawet umiała go odpalić?

Pozdrawiam,
Sfrustrowana Ania

czwartek, 21 marca 2013

Życiówka

Post ten powstaje w natchnieniu, które łapie Cię tak nagle, że rzucasz wszystko, aby tylko napisać notkę. Tak mają artyści, co zrobisz? Jednakże jest to również kwintesencja tego, jak smutne i żałosne jest moje rzycie.
Dziwnym trafem znów znalazłam się w Warszawie, w której znów poniósł mnie (nas) melanż. Może to zwyczajnie dlatego, że jesteśmy świnkami i mopsami i nie potrafimy pić jak piękne dziewczynki. Jednakże z całego wyjazdu jestem jak najbardziej zadowolona, ponieważ dokonałyśmy wraz z Horse-Fashion i featuring z Kasią, Magdą i gościnnym występem Bożenki fajnego przedsięwzięcia, w którym miałam okazję uczestniczyć, efekty już niebawem kochani!!
Wracając jednak do mojej smutnej dzisiejszej życióweczki. Nie wiem co kierowało mną, gdy postanawiam zamówić sobie busa do Wrocławia na 9 rano. Co ja myślałam? Że pójdziemy spać o 21, gdy przede mną tylko jedna noc w Warszawie? Kogo ja chciałam oszukać? Tak więc w efekcie spałam jedną godzinę, po czym wyruszyłam w swoją podróż ma Młociny. Miałam przygotowaną piękną stylóweczkę ze spódnicą maxi, jednakże jakiś szatan w mojej głowie powiedział "Nieee, pojedź w koszulce w której śpisz (SZARA KOSZULKA Z NAPISEM STREETBALL 2007) i złotych leginsach i będzie kimanko w busie. Sounds like a good plan, PRAWDA? Tak więc zrobiłam. Nie przewidziałam jednak jednego..... Gdy wyglądasz najgorzej, najlepszych ludzi spotykasz na swojej drodze.
Wsiadłam niewinnie do metra, i już na końcu spotkał mnie kanar. Jednak głupi ma zawsze szczęście, więc przy sprawdzaniu została mi jeszcze cała MINUTA ważnego biletu 20-minutowego. Siedzę sobie więc, a tu z metra wysiada chłopak z "Sali Samobójców". Smutek i żal, a zarazem szczęście, że jednak nie było dane zetknąć się naszym spojrzeniom.
Wysiadam sobie z metra i pędzę na Polskiego. Czekam, czekam i tu nagle... Dziewczyna z obozu w Londynie na którym byłam 2 lata temu. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że czekając dalej, na drugim przystanku widziałam innego kolegę Z DOKŁADNIE TEGO SAMEGO OBOZU W LONDYNIE. Przypadek? Nie sądzę. Nie oszukujmy się, jestem obeznana w teoriach spiskowych i wiem, że coś się święci.
Czekając sobie dalej postanowiłam wejść do budynku, bo gorąc z okazji Pierwszego Dnia Wiosny mnie tak powalił, że nie dałam rady już wystać na tym upale. A tam jeden z chłopaków z Afromental. I TU MOJE PRZEWODNIE PYTANIE DZISIEJSZEJ NOTKI. JAK RZYĆ, GDY JESTEŚ W CIUCHACH DO SPANIA I WCZORAJSZYM MAKIJAŻU? Dziwnym trafem wybierając miejsca w autobusie siedzę niesamowicie blisko niego, dlatego nie mogę zdjąć płaszcza, bo to najbardziej fashionerska, a zarazem jedyna reprezentatywna część mojego ałtfitu dziś.

Przedstawiam zdjęcia zarejestrowane wczoraj z kamerki internetowej:




A tu dzieło początkującej, ale dobrze rokującej Irminy Pączek Photography:


























Pozdrawiam,
Imprezowiczka Ania

niedziela, 17 marca 2013

W podróży

Od czasu ostatniej notki przewinęło się przez moją głowę kilka pomysłów na następną. Jednakże zajęta swoim bardzo barwnym duńskim rzyciem odkładałam napisanie notki na dni następne. Widać palec boży czuwał nade mną, abym tę właśnie notkę poświęciła podróży.
Odkąd wyjechałam ze swojego pięknego miasta, jest mi dane spędzać w różnych rodzajach lokomocji dużą część mojego życia. Szukając najtańszej opcji transportu często natrafiam w podróży na dziwnych ludzi. Nie wiem, czy naprawdę sądziłam, że opcja pociąg - samochód - pociąg - pociąg jest dobrą opcją na dostanie się do Wrocławia, czy zwyczajnie aż tak lubię podróże.
Wczorajsza podróż to naprawdę miszyn impasible. Zaczęłam od duńskiego pociągu i tylko do niego nie mam żadnych zastrzeżeń, później było coraz gorzej. Kolejnym etapem podróży była podróż z dwójką polskich robotników w Danii i PSEM CZARKIEM. Swoją miłość do wszelkich zwierząt wyraziłam w poprzedniej notce, więc po prostu przemilczę fakt siedzenia w samochodzie obok obrzydliwego, smierdzącego kundla, który skacze na mnie i wącha moje rzeczy. Tak notabene, JAK MOŻNA, nazwać psa CZAREK? Co ludzie sobie myślą, gdy dają zwierzętom takie kretyńskie imiona? Co do samej podróży, najtańszą opcją jest znalezienie kogoś, kto jedzie do Polski i dorzucenie mu się do paliwa. Brzmi fajnie, wiem. Gdyby nie fakt, że za każdym razem jedziesz z jakimś Cześkiem - Rolnikiem, albo Wieśkiem - Rzeźnikiem i słyszysz te same, fascynujące historie. Naprawdę nie mam nic do ludzi, ale myślę, że powinni mniej wylewnie opowiadać historie swojego życia, bo czasami mam wrażenie, że jestem niepisanym konfesjonałem i ich najlepszą przyjaciółką, a nie zwykłą podróżniczką.
Następny etap podróży to pociąg. Trasa Szczecin - Poznań. I tutaj chciałabym przekląć osobę, która wymyśliła pociągi bez przedziałów. Myślę, że to tylko moje fantastyczne szczęście, ale zawsze, ZAWSZE przysiadają się do mnie stare osoby, które kaszlą, chrząkają, plują czy chuj wie po robią. I tu moje pytanie, JAK RZYĆ, GDY JAKIŚ STARY DZIAD ODWRACA SIĘ W TWOJĄ STRONĘ I PRAKTYCZNIE KASZLE I PLUJE CI NA TWARZ? Naprawdę uważam, że w pociągach powinna być prowadzona jakaś selekcja ludzi, cokolwiek, bo to jest niesamowite jak ludzie potrafią być odrażający. Nie wiem jak udało mi się dojechać do Poznania i nie zabić wszystkich ludzi wokół.
W Poznaniu czekała mnie 6godzinna przerwa między przesiadkami, bo jestem głupia i nawet nie potrafię sobie dobrze sprawdzić pociągów. Jednakże łut szczęścia i moje zamiłowanie do podróży sprawiło, że mam wszędzie znajomych, i są oni na tyle mili, aby się mną zaopiekować. W ciągu tych sześciu godzin zaliczyłam jedną imprezę, która była mega dziwna, ale było dużo jedzenia, więc oceniam ją wysoko, bo lubię jeść. Następnie udałam się z ową koleżanką do KFC na dworcu. I tu kolejna rzecz. Jak to jest, ze ludzie tak śmierdzą i co więcej, JAK RZYĆ, gdy ludzie śmierdzą? Serio, JAK? Ja naprawdę nie wiem. Szybko więc ewakuowałyśmy się z owego miejsca, aby dowiedzieć się, że mój pociąg ma opóźnienie. Gdy już szczęśliwie wsiadłam do pociągu, to stał on na dworcu godzinę, a ja FARCIARA, wybrałam przedział obok chrapiącego grubasa (tzn, nie wiem czy był gruby, ale to taka hiperbola, ukazująca dramatyzm sytuacji). Kto daje ludziom przyzwolenie na chrapanie? Dlaczego Ci ludzie chrapią? Serio, JAK MOŻNA CHRAPAĆ W POCIĄGU?
Swoją podróż skończyłam po 21 godzinach i to była chyba najdłuższa podróż mojego życia na trasie Aalborg - Wrocław. Teraz myślę, że nawet dorożką dojechałabym szybciej, ale cóż, człowiek uczy się na błędach... 
Ogólnie myślę, że jestem osobą dość tolerancyjną, ale mój brak tolerancji i hejterstwo ujawnia się albo przy osobach, które są odrażające, albo przy ciapatach, to są dwa wyjątki. Czasami naprawdę zastanawiam się co ludzie sobie myślą jak śmierdzą. Serio, jak można tak śmierdzieć? Albo jak można chrapać. JAK MOŻNA? Uważam, że takich ludzi powinno się szykanować, jak ja to robięw ten notce, a nie dawać publiczne przyzwolenie na tego typu procedery!!!!

Poniżej kilka zdjęć,
Ze wspomnianego już wcześniej KFC. Za Martynką siedział Pan, który się ciągle na nas patrzył i chciałam mu zrobić zdjęcie, ale ona go zasłoniła :(

Czekając na opóźniony pociąg, hehhehe

 I na koniec obskurny, poznański dworzec.

























Pozdrawiam,

Podróżniczka Ania

niedziela, 10 marca 2013

O zwierzętach

Swój dzisiejszy wywód, jak można (albo i nie) się domyślić, kieruję do miłośników zwierząt. 
Jakimś okropnym trafem, wynajmując piękny pokoik nieopodal duńskiego fiordu mam wątpliwą przyjemność dzielić część mojego mieszkania również z kotem. Często mijamy się, nie zauważamy, w biegu codziennego życia i własnych obowiązków. Zdarza się również, że wchodzimy sobie w drogę i nadeptujemy na odcisk. 
Nie wiem czy kiedyś wspominałam, ale jestem z reguły antyzwierzęca. Gdy inne dziewczyny widzą jakiegoś kota, to mówią "Ojeeeej, jaki piękny kotek, kici kici", a ja albo mam ochotę go kopnąć, albo zwyczajnie go kopię. Tak też dzieje się z kotem, z którym koegzystuję. Nie ma dla mnie nic bardziej irytującego, niż kot, o notabene kretyńskim imieniu KIT KAT, przebiegający setny raz po korytarzu. Albo gdy idę pod prysznic, a ów kot nagle stwierdza, że prysznic to idealne miejsce do rozłożenia się i biegnie tak, jakby to był wyścig ze mną. Wyścig, który zawsze przegrywam, bo lubię włączać wodę pod prysznicem i patrzeć jak ucieka. WHO'S LAUGHING NOW?????
Wyjdę teraz na wyrodnego człowieka, choć w swoim, co prawda krótkim, ale barwnym życiu i ja miałam swoich czworonożnych przyjaciół. Pierwszym z nich to nieustanny kompan mojego życia, żółw KUBA. Został on zakupiony, gdy miałam bodajże 7 miesięcy i do dziś jest z nami. Symbolicznie mówię zawsze, że jesteśmy w tym samym wieku z Kubą, choć wiem, że jest młodszy ode mnie ok. 4 miesiące. Jest niepisanym piątym członkiem naszej rodziny, choć nikogo on nie interesuje i wszyscy kłócimy się ze sobą, gdy mamy mu wymienić wodę w akwarium. Sam Kuba prowadzi koczowniczy tryb życia, polując na jedzenie, które moja mama wsypuje mu do akwarium. Zdarzało się również, że zjadał on rybki, z którymi dzielił akwarium, co dowodzi faktowi, że z Kubą nie ma żartów.
Drugim zwierzęciem z kolei był pies. Bernardyn o pięknym imieniu Bary. Kochałam go, choć byłam mała, bo w 4 klasie podstawówki. Z nim biegałam sobie po podwórku, leżałam na podłodze w salonie, ledwo mieszcząc się obok niego, bo zajmował niemal całą przestrzeń naszego malutkiego mieszkanka. On nauczył mnie co to bezgraniczna przyjaźń i oddanie. Jednakże z powodu jego choroby musieliśmy go oddać i od tego czasu nie wierzę, że jest na tym świecie cokolwiek stałego, nie wierzę w miłość, życie nie ma dla mnie sensu i wszyscy umrzemy. Może i uniwersalne wnioski, ale dość brutalne jak dla 9latki. Przeżyłam szybką szkołę dorastania.
Pewnie to ostatnie przeżycie sprawiło, że jestem tak zgorzkniała i nie lubię zwierząt. Pointa jest taka, że umrę samotnie. Co w sumie może jest ok, bo przynajmniej żaden kot czy kanarek nie zje mi oczu.

Chciałam zrobić kilka zdjęć z moim kotem, jednakże chyba boi się mnie już tak bardzo, że uciekał, gdy tylko mnie zobaczył Chcąc jednak pozostać w sferze zwierzęcej przedstawiam kilka zdjęć z sarenką, którą spotkałam podczas zwyczajnego spaceru.






Jakie są Wasze przeżycia ze zwierzętami?
Pozdrawiam,
Nieczuła Ania

piątek, 8 marca 2013

Dzień Kobiet

W całym roku są takie "święta", których po prostu nie rozumiem. Jedno z nich jest właśnie dzisiaj, popularny Dzień Kobiet. Naprawdę nie rozumiem fenomenu tego dnia. Nie rozumiem też dlaczego piszą do mnie jacyś dziwni ludzie - z którymi w ogóle nie rozmawiam, a przypadkowo albo z litości zaleźli się w gronie moich znajomych na fejsbuku - i składają życzenia. Serio, dlaczego? Dlaczego ktokolwiek życzy mi wszystkiego najlepszego 8 marca? Jeszcze byłabym w stanie zrozumieć ten fenomen, gdyby były prezenty. Ale nie ma. W sklepach zazwyczaj są jakieś cukierki dla Pań, zniżki na ciuchy (KTÓRYCH TEŻ NIE ROZUMIEM, W SWOJE ŚWIĘTO IDĘ NA ZAKUPY, BO PRZECIEŻ MAM ZNIŻKI I SUMA SUMARUM NIE MAM JUŻ CAŁEJ MOJEJ WYPŁATY. WOLNE ŻARTY). No i kolejnym, nieodłącznym symbolem Dnia Kobiet są tulipany. Tulipany wszędzie. Po pierwsze nie lubię kwiatów, po drugie tulipany kojarzą mi się z Holandią. Gdybym jednak miała wybór, wolałabym dostać inny suwenir z Holandii hehe.
Niestety nie miałam z kim dziś świętować mojego dnia, dlatego musiałam kupić jakiegoś kompana. Oto kilka zdjęć poniżej.




A jak Wy spędziliście ten wyjątkowy dzień?

wtorek, 5 marca 2013

Szósty zmysł

Dziś króciutki pościk, mała dygresja o tym, że rzycie, pomimo, że płata nam figle, to potrafi być piękne. Zazwyczaj zaczyna się dość niewinnie, wieczorem myślę o zajęciach, które mam następnego dnia, gdy nie wiadomo skąd, pojawia się on, SZATAN. SZATAN w mojej głowie. I mówi "Aaaaa, w sumie te zajęcia nie są aż takie ważne" i ja myślę "HMMMMMM, FAKTYCZNIE". I dochodzę do wniosku, że potrzebuję mieć wolny dzień dnia następnego. Tak właśnie było wczoraj. Zaczęło się dość niewinnie, po czym doszłam do wniosku, że zajęcia z grafiki nie są mi aż tak niezbędne do życia i poszłam spać z myślą jutrzejszych wagarów.
Tak więc budzi mnie o 11 przepiękna pogoda i słońce, odpalam fejsbuka, aby zobaczyć wiadomość:

"Hi all
Lessons are cancelled today - Peter Skotte is sick.
/ Anne"

PRZYPADEK? NIE SĄDZĘ.
Już pominę fakt informowania studentów o braku zajęć pół godziny przed zajęciami i to na fejsie. Bo w końcu poczułam się jak:



Teraz czekam aż moje siki będą parować i będę widzieć duchy. Nie bójcie się, to też zrelacjonuję.

poniedziałek, 4 marca 2013

Na salonach

Dosyć często, do pytań na temat rzycia dochodzą również gorzkie żale, przynajmniej w moim przypadku. Zdradzę wam tajemną prawdę o mnie - uwielbiam użalać się nad sobą. Jestem w tym ekspertem, zrobiłam z tego doktorat, sama nie wiem kiedy. Być może dlatego, że mieszkam w krajach skandynawskich (albo po prostu jest to dobre usprawiedliwienie), często popadam w depresję.Jednakże, na domiar złego, zamiast pocieszyć się jakąś wesołą muzyką albo pomyśleć o ludziach, którzy mają gorzej ode mnie i dziękować za to co mam, to ja robię coś zupełnie innego. Mianowicie, chodzę na lookbooka, tudzież jakieś stronki z modelkami i zaczynam płakać nad swoim nędznym losem. I tu właśnie rodzi się przewodnie pytanie mojej dzisiejszej notki: DLACZEGO? Dobry Boże, jak to jest?!?! Jak to jest, że jednych ludzi obdarzyłeś tak nieziemską urodą, a ja choćby skały srały, nigdy nie będę tak wyglądać??? Najgorzej jednak, gdy ktoś jest i ładny i mądry, wtedy to już tylko siedzieć i płakać. 
Tak więc doszłam kiedyś do wniosku, że wystarczy, abym znalazła sobie brzydszych znajomych/przyjaciół i w tym kontraście będę wypadać znacznie lepiej. I wszystko byłoby wspaniale, znalazłam złoty środek na moje smutki. Nie wiem jednak czy to moja wątła aparycja, czy też złośliwość Boga, sprawiają, że przyciągam do siebie osoby piękne, zdolne i utalentowane. Nie pozostaje mi nic innego jak wrócić do początku, użalać się nad sobą i zatoczyć KOŁO ŻYCIA.

Poniżej przedstawiam kilka zdjęć z wystawy mojej zdolnej i pięknej przyjaciółki.  Uśmiecham się ładnie do zdjęcia, chociaż w środku płaczę i lamentuję, bo JAK RZYĆ, GDY RZYCIE TAK NIESPRAWIEDLIWE JEST?



Tutaj przyłapana na dyskusji, zapewne o jakimś pięknym obrazie zdolnych ludzi.




























A jak wy, drodzy czytelnicy radzicie sobie z bolesną (przynajmniej dla mnie) egzystencją zdolnych ludzi?

Pozdrawiam cieplutko,
Nieutalentowana Ania

sobota, 2 marca 2013

McDonalds

 Swój dzisiejszy wywód chciałabym poświęcić mojej ulubionej restauracji. Właściwie to sieć restauracji, notabene znana na całym świecie. Są to restauracje o nazwie McDonalds. Patrząc na mnie nieciężko było domyślić się właśnie tej nazwy. Z powodu braku funduszy, prowadzenia oszczędnego trybu życia, chęci odchudzania, albo po prostu ogromnych cen za mojego ukochanego McChickena w Danii, zwyczajnie tam nie chodzę. Dlatego, gdy tylko mam okazję zjeść coś mało wysublimowanego i sprawdzonego w Polsce, jest to mak. Jednakże, ostatnio zauważyłam, że mój kochany, stary mak zaczął się zmieniać. Wprowadzono Fileta oFisha, KANAPKĘ SZEFA KUCHNI oraz CHICKEN BOX. Stąd pierwsze moje pytanie, KTO JE FILETA OFISHA? Zrobiłam ankiety wsród moich znajomych i znalazły się dwie osoby, ale wciąż wierzę, że warto zadać pytanie, CO ROBI RYBA W MAKU I CZY NAPRAWDĘ JEST TAM RYBA??
Następnie KANAPKA SZEFA KUCHNI. Czy ktokolwiek widział KIEDYKOLWIEK szefa kuchni w maku? Nie sądzę. Więc czyja tak naprawdę jest ta kanapka??? Żyjemy w XXI wieku, i wierzę, że ludzie zasługują na prawdę. Tak więc, SZEFUNIO, gdzie jesteś? I gdzie do tej pory się ukrywałeś? Jednakże najbardziej razi mnie makowa nowość, Chicken Boxy. Moi drodzy, ja rozumiem, że ludzie chcą rozwijać się w różnych kierunkach, chcą poznawać nowe rzeczy, wypływać na głębokie wody i poznawać nowe horyzonty. Ale prawda jest taka, że od Chicken Boxów jest KFC i to się NIGDY nie zmieni. Dlatego nie rozumiem, po co mak pcha się w coś, o czym nie ma zielonego pojęcia!! Szczerze, po prostu boję się, że pewnego dnia obudzę się, i zamiast moich ukochanych Big Macków i McChcikenów będą same Kapanki Zbójnickie, Szefunia i Kurczakowe Boxy. Nie wiem, czy to kwestia starzenia się, ale boję się zmian, które zachodzą w maku i boję się, że kiedyś wejdę do mojej ukochanej sieci restauracji i zorientuję się, że już jej nie kocham, że nie mamy ze sobą nic wspólnego, a moje dawne wspomnienie o niej jest tylko mrzonką. JAK RZYĆ w obliczu tych zmian??? Jak Wy radzicie sobie z tymi zmianami?




A tu mój obiad, dofinansowany przez bony z maka. Kocham, gdy te bony wychodzą dwa razy do roku. Nie oszukujmy się, każdy kto je ma, czuje się w pewien sposób jak Pan, Król i Władca. Przynajmniej ja tak mam. I to zastanawianie się, KTÓRĄ KOMBINACJĘ Z BONÓW WYBRAĆ???

Ja postawiłam na dwa KurczakBurgery, małe frytki i małą Ice Tea. Jakie są wasze ulubione połączenia?




wtorek, 26 lutego 2013

Ludzkie zachowania

Notka z mojego pobytu w Warszawie będzie poświęcona przede wszystkim moim pytaniom na temat innych ludzi. Często, być może z braku hobby, albo z nadmiaru wolnego czasu, zastanawiam się nad postępowaniem innych ludzi. Naprawdę chciałabym wiedzieć, czy to ja patrzę na wszystko inaczej, czy to inni są nienormalni. Tak więc i teraz mam mnóstwo pytań, które najczęściej zaczynają się od słów: Co kierowało tymi ludźmi, gdy robili... 

Zdjęcie numer jeden. Według mnie jest to jednej wielki znak zapytania. Wiele pytań, zero odpowiedzi. Odpowiedzi, na które ludzie czekają, których ludzie żądają. Kim jest dziewczynka ze zdjęcia? Czy jadła kebaba na swojej komunii? Jak dostała rolę modelki w Kebabie w centrum Warszawy? Czy był casting? Czy może zdobyła tę rolę po znajomości? Czy Shaorma to jej imię? Dlaczego to miejsce wygląda bardziej jak ołtarzyk z tej dziewczynki, niż Turecki Kebab? 


Następne zdjęcie. Zdjęcie dwójki turystów pod Pałacem Prezydenckim i Pan. Kim jest ten Pan? Gdzie spieszył się tak bardzo, że nie mógł poczekać pięciu sekund, aż zrobimy zdjęcie? A może nas nie zauważył? Czy to znaczy, że ma zepsute okulary? A może chciał być na tym zdjęciu, chciał zostać zapamiętany?



Kolejna rzecz. Warszawski rynek. Kobieta. Trzyma w ręku obwarzanki i krzyczy "Pańska Skórka". Zaintrygowane podchodzimy, aby dowiedzieć się czym jest owa Pańska Skórka. Słyszymy, że to warszawski przysmak. Nie ukrywam, była to moja pierwsza wizyta w stolicy, ale nie oszukujmy się, o lokalnych przysmakach słyszy się wszędzie. Czy ktoś z was słyszał kiedyś o Pańskiej Skórce? Czym dokładnie jest? Jaki król marketingu postanowił nazwać słodki PRZYSMAK tą nazwą? I czy naprawdę myślał, że odniesie to sukces?

Tu w kolejce po Pańską Skórkę.




A tu, zadowolona z zakupu klientka, trzymająca dumnie Pańską Skórkę w ręku.

Następne pytanie, które spędza mi sen z powiek to warszawski rynek. Nie chodzi tu o hejtowanie stolicy, która, notabene, bardzo mi się podoba. Ale kim był człowiek, który zaprojektował warszawski rynek? Czy ktokolwiek go projektował? A jeśli tak, to co sprawiło, że sądził, że rynek ten będzie dumą i miejscem reprezentacyjnym stolicy, a więc i wizytówką całego kraju? A może tak nie myślał? Może chciał, aby człowiek poczuł się tam swojsko jak w Bydgoszczy na przykład? I dlaczego biedna syrenka jest taka samotna???
 Tak więc chodziłam rozgoryczona po stolicy, zadając sobie pytania i smucąc się, bo nie znam na nie odpowiedzi, napotkałam najbardziej znaną blogerkę modową w Polsce, a zarazem mój autorytet w sprawach szafiarskich: http://www.horse-fashion.blogspot.com/. Ucieszyłam się niezmiernie, bo po pierwsze, miałam nadzieję spotkać w stolicy jakieś nietuzinkowe osoby, a po drugie, myślałam, że koń pomoże mi uporać sięz niektórymi pytaniami. Niestety obie nie znałyśmy odpowiedzi na dręczące nas pytania, dlatego poszłyśmy na b-smarta.

Na koniec chciałam poruszyć temat wspomnianego już we wcześniejszej notce Garego. Obszerny artykuł na ten temat można znaleźć już na horse-fashion. Odkąd miałam zaszczyt dumnie nosić Garego na mojej piersi dręczą mnie pytania, które spędzają mi sen z powiek. Kim jesteś Gary??? Gdzie jesteś? Czy jesteś szczęśliwy? Dlaczego trzymasz się za gardło? Czy było Ci niedobrze? Czy już wszystko w porządku? Czy ta koszulka to jednorazowy wybryk, czy może cała Twoja rodzina i znajomi mają takie? Czy dobrze bawiłeś się na wakacjach w Egipcie i czy używałeś kremu z filtrem? Jeśli tak, to z jakim?
 Tu ja z Garym pod Pałacem Kultury. Pożegnanie zarówno z nim, jak i z Warszawą.







































Jak widzicie pytań jest wiele. Przerażające jest to, że wciąż ich przybywa, czego nie można powiedzieć o odpowiedziach. Jeśli ktoś z was zna odpowiedzi na dręczące mnie pytania, proszę piszcie!!!

poniedziałek, 25 lutego 2013

Jak rzyć?

Zauważyłam, że coraz częściej dręczą mnie pytania natury egzystencjalnej. Z biegiem czasu widzę, że pytanie: Jak rzyć? coraz częściej pojawia się w mojej głowie. Dlatego, aby odzyskać spokój ducha, rozpoczęłam risercz, który miał na celu przywrócić harmonię w moim życiu. Jednakże, po dość krótkim czasie zorientowałam się, że zagadnienie to, nie jest tak proste i jasne, jak mogłoby się z pozoru wydawać. Ba, jestem nawet w stanie zaryzykować stwierdzeniem, że im bardziej zagłębiam się w to zagadnienie, odkrywam ogrom owego tematu. Właściwie nie widzę końca, pytanie Jak rzyć? jest jak czarna dziura. Postanowiłam więc zdobyć się na heroizm i poświęcić swoje życie szukaniu na nie odpowiedzi. Wiadomo jednak, że mimo pozornej prostoty tego pytania, jest ono, naturalnie, bardziej złożone i wraz z nim, rodzą się inne, kolejne. Tak więc, aby rzyć łatwiej, i aby ułatwić innym rzycie, postanowiłam założyć tego bloga, bo a) jest to teraz modne; b) wiem, że ludzi szukających odpowiedzi na to pytanie jest więcej. Wierzę w naszą siłę i wierzę w to, że odpowiedź ta czeka gdzieś na nas; c) będzie to mój umowny pamiętnik podróży i wypraw w poszukiwaniu odpowiedzi. Nie powiem, że nie, czuję się teraz odrobinę jak Indiana Dżons, choć nigdy nie widziałam ani jednego filmu z udziałem tejże postaci. Czuję się jak archeolog i łowca skarbów w jednym.
Dzisiejsza notka, to tylko wstęp i krótki opis tego czemu poświęciłam rzycie. Uchylę również rąbka tajemnicy i zdradzę, że w moją pierwszą podróż służbową udałam się do stolicy i pytałam ludzi Jak rzyć? Przedstawiam zdjęcia z pierwszego dnia pobytu, na których umartwiam się i lamentuję, bo tak ciężko rzyć, gdy nie wiesz Jak rzyć...










































Zdjęcia były robione z ukrycia.
P.S. Na zdjęciach noszę na piersi Garego, o którym, możecie być pewni, nie jeden post powstanie jeszcze.